„Głód” Martín Caparrós – Wpis gościnny Ani z bloga Slow Reading – recenzja

Martín Caparrós, Głód. Siedemset stron opowieści o współczesnym ludzkim cierpieniu. Reportaż, który Paulina Wilk nazwała najważniejszą, jak dotąd, książką XXI wieku. Rewolucyjna i gniewna, powinna wywalić nas z kapci i poczucia dobrobytu. Kiedy się ukazała, było o niej głośno, ja jednak mam wrażenie, że niedostatecznie.

Reportaż Caparrósa to wymagająca lektura, również pod względem emocjonalnym. Autor opowiada o głodzie wprost, nazywając rzeczy po imieniu. Już we wstępie informuje:

„Czytelniku, czytelniczko, jeśli zabierzesz się do lektury tej książki, zainteresujesz się nią i przeczytasz ją, w dajmy na to, osiem godzin, w tym samym czasie umrze z głodu 8 tysięcy osób. To dużo: 8 tysięcy. Jeśli tego nie zrobisz, ludzie umrą i tak, ale będziesz miał to szczęście, że się o tym nie dowiesz”

 

Po co więc czytać Głód? I czy jedna pełna wściekłości i niezgody książka może cokolwiek zmienić?

Abstrakcyjne cierpienie

“Głód na świecie” stał się wyświechtanym frazesem. Tekstem o dzieciach w Afryce, po który sięgają matki, gdy chcą zmusić swoje pociechy do zjedzenia obiadu. Kojarzy się z wielkimi, smutnymi oczami wychudzonych maluchów na ulotkach UNICEFu. Ale tak naprawdę jest dla nas mało realny. “Głód na świecie” to dla człowieka Zachodu abstrakcja. Utarta zbitka słowna bez namacalnego znaczenia.

Wielkie głodowe katastrofy, będące następstwem wojen lub klęsk żywiołowych, zdarzają się obecnie rzadko. Nie oglądamy w telewizji masowo umierających z głodu ludzi. Prawdziwym problemem współczesnego świata jest chroniczne niedożywienie. Powszedni, długotrwały, “rutynowy” głód.

Ciężko jest nam wyobrazić sobie taką codzienność. Głód to miliony ludzi jedzących raz na dobę, zawsze to samo – co drugi dzień, albo rzadziej. To strach i niepewność, czy następnego dnia będzie co zjeść. To życie, które obraca się wokół jednego tematu: odczuwania głodu, przeczekiwania go, poszukiwania jedzenia, zamartwiania się o to, jak je zdobyć – wciąż o krok od tragedii. Ciągły strach, że któregoś dnia już się nie uda. Powolne umieranie, rozciągnięte jak tortury.

W swoim obszernym reportażu Martín Caparrós opisuje ludzi, którzy tak właśnie żyją: w Azji, Afryce, Ameryce Południowej. Pisze też o Stanach Zjednoczonych, gdzie problem również występuje, choć ma nieco inne oblicze: ludzi niedożywionych – pomimo (oraz na skutek) pochłaniania przez nich ogromnych ilości śmieciowego jedzenia, ponieważ na zdrowsze ich nie stać.

Jeść, by (nie) przeżyć

„Ossama, jego młodszy synek, wyszedł właśnie ze szpitala w Madaoua, gdzie był leczony z powodu ostrego niedożywienia. Ahmad uważa, że to chyba nie to, że lekarz musiał się pomylić; przecież oni codziennie dają dziecku kawałek polenty, co tamci sobie myślą. W momencie przyjęcia do szpitala dwuletni niemal Ossama ważył siedem kilogramów.”

 

Caparrós nie epatuje ludzkim cierpieniem. Jednak z ciężkim sercem czyta się o głodujących dzieciach. Trudno też jest pojąć reakcje rodziców, którzy nie chcą wierzyć w to, co mówią im lekarze. Że miska ryżu lub prosa co drugi dzień to nie jest wystarczający posiłek. Nie rozumieją. Przecież zawsze tak żyli – nie dojadając. Nie znaczy to oczywiście, że godzą się z tym, że ich dzieci pewnego dnia mogą umrzeć. Na to nigdy nie ma i nie może być zgody. Ale poza ich wyobrażeniem pozostaje życie, w którym w ogóle nie trzeba się zastanawiać, czy jutro będzie co jeść – nie wspominając o różnorodności. Na mimowolnych bohaterów tej książki wyrastają Lekarze bez Granic, zajmujący się tym, co powinno robić państwo.

Łańcuch chciwości

Na relacjach z obszarów głodu książka się nie kończy. O wiele większą część reportażu stanowią próby poznania prawdziwych przyczyn głodu. Caparrós przytacza mnóstwo faktów i liczb. Nie sposób wszystkich zapamiętać. Zresztą, autor mówi, że dane podaje dlatego, że żadna wiarygodna relacja nie może istnieć bez statystyk. Dla samego Caparrósa cyfry nie mają znaczenia. Dopóki na świecie, na którym żyje ponad 7 miliardów ludzi, a który produkuje jedzenie dla 12 miliardów (jedną trzecią z tego marnując), choćby jeden człowiek cierpi głód, dopóty będzie to skandal. Ale liczby są naprawdę przytłaczające:

„Co niespełna cztery sekundy jedna osoba umiera na skutek głodu, niedożywienia i wywołanych tym chorób. Siedemnaście w ciągu każdej minuty, dwadzieścia pięć tysięcy w ciągu każdego dnia, ponad dziewięć milionów w ciągu roku. Półtora Holokaustu rocznie”

 

Szukając winnych, Caparrós analizuje multum wątków. Problem głodu jest złożony i ma podłoże polityczne, ekonomiczne oraz społeczne. Mówi więc o niewydolności rządów i infrastruktury rozwijających się krajów, gdzie nie ma jak dostarczyć potrzebującym nadwyżki żywności. O chorym kapitalistycznym systemie produkcji i dystrybucji żywności, w którym krajom takim, jak Argentyna czy Bangladesz, bardziej opłaca się produkować żywność na eksport, niż sprzedawać ją obywatelom. O spekulacji zbożem i jego cenami. O zawłaszczaniu ziemi. O fikcji pomocy humanitarnej, podtrzymującej system i uzależniającej rynki od wysyłanej – sprzedawanej – przez kraje zachodnie żywności. O sieci powiązań pomiędzy polityką, rolnictwem, produkcją biopaliw, uprawami, funduszami inwestycyjnymi, a cenami i dostępnością żywności – a przez to, głodem. I o wielu jeszcze innych sprawach.

Na końcu każdego łańcucha tych powiązań jest zawsze najsłabsze ogniwo – człowiek, którego nie stać na żywność.

Głodowi daleko do suchego sprawozdania. To dziennikarstwo emocjonalne, a reportaż jest również manifestem poglądów autora. Caparrós rzeczowo przedstawia fakty, ale też głośno wyraża swoje zdanie. Jest mocno krytyczny i osądzający. Pełen wściekłości, która rośnie z rozdziału na rozdział.

Obrywa się wszystkim. Najbardziej kapitalizmowi oraz tym, którzy w jakikolwiek sposób czerpią z niego korzyści. Albo po prostu w nim żyją, bez aktywnego kwestionowania go. Obojętnie, czy są to gwiazdy, jak Bono i Bob Geldof, angażujące się w pomoc humanitarną, jednak bez negacji systemu, czy zwykły, szary człowiek, który zabezpiecza swoją starość inwestując w fundusze emerytalne – bez świadomości, że kapitał, którym obracają powstał dzięki zawłaszczeniom ziemi w Afryce i Azji.

“Tak nam dobrze, że nawet sobie tego nie uświadamiamy”

Wściekłość Caparrósa udziela się w końcu czytelnikowi. Ale autor nie trzyma z nim sztamy, wskazując jedynie na jakichś złych i winnych “onych”. Przeciwnie – uważa, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za obecny stan rzeczy. Nawet jeśli po prostu żyjemy sobie w nieświadomości.

Niewiedza nie jest dla Caparrósa żadną okolicznością łagodzącą. W dobie informacji dostępnych na kliknięcie nie da się jej niczym usprawiedliwić. Jednak gorszym grzechem jest dla Caparrósa wiedzieć – i nic z tym nie zrobić.

“Jak do diabła możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”, pyta – krzyczy – autor. Po czym, we fragmentach zatytułowanych Słowa plemienia, przytacza wyjaśnienia, usprawiedliwienia i racjonalizacje, które, być może, słyszał. Których może sam sobie udzielił i które także my moglibyśmy dać.

Wzbudzanie winy w czytelniku to zabieg, po który autor często sięga. I choć nie przekonuje mnie takie rozwiązanie, mogę się domyślać, czemu Caparrós je stosuje. Głód nie ma być kolejnym “mocnym” reportażem, o którym zapomnimy równie szybko, jak go przeczytaliśmy. Martín Caparrós chce potrząsnąć czytelnikiem tak, żeby w sprzeciwie wobec stawianych mu zarzutów o współwinę chciał udowodnić, nawet przed samym sobą, że autor się myli. Żeby uczciwie rozliczył się ze swojego stylu życia, mierząc się z tematami marnowania jedzenia, konsumpcji mięsa, czy objadania się ponad miarę. Żeby zaczął stawiać pytania, szukać odpowiedzi i działać.

Co jednak ma zrobić przeciętny człowiek? Tego Martín Caparrós nie mówi. Ma świadomość, że jednostkowe gesty nie są w stanie niczego zmienić, choć jednocześnie przekonuje, że działanie jest ważne, ze względu na samą potrzebę działania. Zdaje sobie też sprawę z tego, że nawet jego książka, opus magnum, nie ma magicznej siły sprawczej.

Po to, by jakakolwiek trwała zmiana mogła się dokonać, potrzebna jest gruntowna przebudowa globalnego systemu i społecznego ładu – która nie może się dokonać bez całkowitego przełomu w myśleniu na temat tego, co jest “naturalne” i wykonalne, a co nie. Martín Caparrós jest jednak pesymistyczny i wątpi to, że współcześnie jesteśmy zdolni do jakiejkolwiek rewolucji w imię podstawowych praw człowieka.

Co się z nami stało

Książka Martína Caparrósa nie opowiada wyłącznie o głodzie. To raport o kondycji współczesnego świata.

Caparrós ma na jego temat ugruntowane zdanie, które poznajemy na każdej stronie. Wpada przy tym w drażniącą manierę mówienia czytelnikowi wprost, co i jak powinien myśleć, zamiast pozwolić mu samodzielnie wyciągać wnioski. Z wieloma radykalnymi opiniami autora można się nie zgadzać. Ale wobec wielu innych nie sposób jest znaleźć kontrargumenty i trzeba przyznać mu rację.

Życie i myślenie o świecie po lekturze Głodu dokładnie w taki sam sposób jak przed, jest samooszukiwaniem się.

Dlaczego powinniśmy czytać tę książkę? Żeby nie udawać przed samym sobą, że słonia w pokoju nie ma i że głód w odległych zakątkach globu nie jest naszą sprawą. Żeby uświadomić sobie, że nasze codzienne konsumenckie wybory również mogą przyczyniać się do nasilania problemu. Żeby dostrzec, że już tak umościliśmy się w dobrobycie, że przyjmujemy go za oczywisty stan rzeczy. W końcu – żeby nie być jak goście na uczcie Nerona, o których mowa w Głodzie. Ludzie obojętnie sięgający po kolejne winogrona, dowcipkujący i korzystający z dostatku w świetle pochodni – którymi byli płonący żywcem niewolnicy.

Martín Caparrós, Głód, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016

 

Autorką całego tekstu poświęconego książce „Głód”, który mieliście właśnie okazję przeczytać jest Ania z bloga Slow Reading.

Jeśli spodobało Wam się to w jaki sposób Ania mówi o jednej z najważniejszych pozycji literackich XXI wieku, to koniecznie odwiedźcie jej blog, na którym znajdziecie więcej perełek. Możecie ją również śledzić na jej stronie na Facebooku, do czego Was serdecznie zachęcam, link o tutaj.

 

Aga
Witaj! Mam na imię Agnieszka, z zawodu jestem pielęgniarką, a moją największą pasją w życiu są książki. Jestem w stanie zakochać się w każdym gatunku literackim, dlatego też nie mam ulubionego nurtu, czytam dużo, dla przyjemności i z wielką radością. Na blogu przedstawiam Ci subiektywne spojrzenie na poszczególne tytuły, licząc na Twoje zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Pozdrawiam!