„Patrick Melrose. Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja” Edward St Aubyn

„Połączenie wykwintnej prozy, błyskotliwej satyry społecznej i opisów szokującego okrucieństwa.” Czy rzeczywiście było tak wykwintnie, błyskotliwie i szokująco? Serdecznie zapraszam do zapoznania się z moją opinią o książce „Patrick Melrose”

„Patrick Melrose” oryginalnie podzielony był na 5 części wydawanych osobno. Na polskim rynku w czerwcu tego roku ukazał się pierwszy z dwóch zaplanowanych tomów, a w nim trzy opowiadania : „Nic takiego”, „Złe wieści”, „Jakaś nadzieja”.

Tytułowego bohatera poznajemy w pierwszym opowiadaniu pt. „Nic takiego” jako pięcioletniego chłopca mieszkającego z rodzicami w posiadłości we Francji. Ojciec Patricka, David Melrose to apodyktyczny, surowy człowiek, który z czasem okazuje się tyranem, dla którego psychiczne znęcanie się nad żoną i synem stanowi sens życia. To właśnie przez pryzmat jego osoby i zachowań budujemy sobie obraz syna, który mimo bycia głównym bohaterem cyklu pojawia się w tej części książki sporadycznie.

W drugiej odsłonie zatytułowanej „Złe wieści” towarzyszymy dwudziestodwuletniemu Patrickowi w jego podróży do Nowego Jorku. Melrose jest narkomanem, który z igłą wbitą w przedramię stacza się na samo dno życia, a  ułatwia mu to dostęp do ogromnej gotówki jaki zapewnił mu jego sadystyczny ojciec.

Część trzecia książki czyli „Jakaś nadzieja” to fragment w którym Patrick znowu odgrywa rolę drugoplanową, na scenie pojawia się sporadycznie, od czasu do czasu rzuci jakąś informację dotycząca swojego trudnego dzieciństwa lub rozrzewnieniem powspomina czasy kiedy był narkomanem (bo w tej części Patrick jest już „czysty”) i tyle.

Jestem prostym człowiekiem, zwykłym czytelnikiem, nie czytałam „Ulissesa”, a przebrnięcie przez „Wyznaję” Cabre było dla mnie porównywalne z drogą przez piekło. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że „Patrick Melrose” to podobno powieść wielka, wyjątkowa i wybitna. Jak cytowałam na samym początku wpisu, określana jest jako błyskotliwa, wykwintna proza, a mimo to pod koniec lektury rwałam sobie włosy z głowy licząc na jak najszybsze zakończenie.  Z czego to wynika? Może to wina mojego braku gustu i smaku czytelniczego?

Jak już wspominałam pierwszy tom powieści podzielony jest na trzy części i taki podział zastosowałabym również w swojej ocenie, gdybym miała ułożyć je w kolejności od najciekawszej (najlepszej), do najnudniejszej (najgorszej).

„Nic takiego” to część, która wciągnęła mnie bezgranicznie. Fascynujący obraz Davida Melrosa i jego sadystycznych zachowań względem otoczenia nie pozwalał oderwać mi się od lektury. Doskonały obraz wpływu jednostki na społeczeństwo, świetnie przedstawiony rys psychologiczny zarówno oprawcy jak i jego ofiar z najbliższego otoczenia – żony sterroryzowanej do granic możliwości, syna drżącego na samą myśl o ojcu i najbliższych przyjaciół, którzy wbrew swej woli wykonują wszystko tak jak żąda tego od nich David.

„Złe wieści” czyli historia Patricka uzależnionego od środków odurzających, to zdecydowanie mniej porywająca część niż to co zafundował nam autor w pierwszej historii. To opowieść o narkomanie jakich wiele, nie znalazłam tu niczego zaskakującego, niczego co spowodowałoby, że mimo dosyć oklepanego tematu odbiera się ją jako wyjątkową. W tej części myśli głównego bohatera krążą oczywiście w 99% w okół narkotyków, co po dłuższym czasie staje się nieco meczące. Postać Melrose’a wyłania się tutaj na pierwszy plan i to na nim skupia się akcja powieści, a mimo to miałam wrażenie, że wciąż nie dowiadujemy się zbyt wiele o samym Patricku.

„Jakaś nadzieja”część ostatnia i w moim przekonaniu najgorsza. Najzwyczajniej w świecie zaczęłam męczyć się w trakcie jej czytania i cieszyłam się, że z każdą stroną zbliżam się ku końcowi. To właśnie ta część jak sądzę określana jest jako błyskotliwa satyra społeczeństwa, z naciskiem na wyższe sfery i arystokrację. Satyra tak, czy błyskotliwa? Mogłabym się spierać. Patrick znowu odpływa nam gdzieś daleko na drugi plan i choć pojawia się czasami aby wypowiedzieć kilka zdań jego osoba rozmywa się ożywając czasami we wspomnieniach z dzieciństwa.

Powieść Edwarda St Aubyna zawiodła mnie, rozczarowała. Z każdym kolejnym rozdziałem czułam jak moje emocje opadają, a oczekiwania zostają grzebane. Po fantastycznym początku, od którego nie byłam wstanie się oderwać, nastąpiło powolne poruszanie się po równi pochyłej, aż do samego końca gdzie nie czekało na mnie nic poza uczuciem zawodu i zniesmaczenia. Wiem i zdaję dobie sprawę z tego, że „Patrick Melrose” miał być poruszającą historią młodego człowieka, którego życie zostało zniszczone przez ojca zwyrodnialca, mimo to po jej lekturze absolutnie nie czuję się poruszona. Spodziewałam się zupełnie innego przedstawienia problemu, niestety ten zaproponowany przez autora nie przemówił do mnie, stąd też moja ocena tej książki jest bardzo niska.

Na polskim rynku w październiku ma pojawić się drugi tom opowieści o Patricku i zdecydowanie nie będzie to premiera, na która będę wyczekiwać z niecierpliwością.

Wybitna? Błyskotliwa? Naprawdę?

 

 

Aga
Witaj! Mam na imię Agnieszka, z zawodu jestem pielęgniarką, a moją największą pasją w życiu są książki. Jestem w stanie zakochać się w każdym gatunku literackim, dlatego też nie mam ulubionego nurtu, czytam dużo, dla przyjemności i z wielką radością. Na blogu przedstawiam Ci subiektywne spojrzenie na poszczególne tytuły, licząc na Twoje zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Pozdrawiam!
  • Dominika Rygiel

    Hm… czyli sugerujesz, że jeśli „Wyznaję” pokochałam od pierwszych stron, „Ulissesa” uważam za jedną z ważniejszych pozycji w literaturze światowej, to jest szansa, iż „Patrick Melorse” ma szanse mi się spodobać? Chodził za mną swego czasu ten tytuł, jakoś mi umknął, potem już sobie darowałam. Teraz znowu mnie kusi, nie ukrywam, że stało się tak za sprawą Twojej opinii.

  • Justyna Bujak

    Historia raczej nie dla mnie, sadyzm, okrucieństwo, znęcanie się nad najbliższymi- nie przekonują mnie, w wolnym czasie wolę jednak czytać „lżejsze” historie. Pozdrawiam. 🙂